Był sierpień 1966 roku. Londyn pulsował w rytmie Swinging Sixties – rewolucja kulturalna, minispódniczki, The Beatles i The Rolling Stones. Ale tego wieczoru, 6 sierpnia, cała Anglia, a wraz z nią miliony na całym świecie, patrzyły na Earls Court Arena, gdzie miało dojść do wydarzenia o zupełnie innym ciężarze gatunkowym. Na ring wkraczał Muhammad Ali, wówczas znany jeszcze jako Cassius Clay, choć coraz śmielej używający swojego nowego, islamskiego imienia. Był to szczyt jego fizycznej potęgi i artystycznego geniuszu w ringu. Po zdemolowaniu Sonny'ego Listona (dwukrotnie), uciszeniu buńczucznego Floyda Pattersona, a także brutalnych bojach z nieugiętym George'em Chuvalo i lokalnym bohaterem Henrym Cooperem, Ali był uosobieniem niepokonanego. Jego szybkość, gracja i moc były czymś, czego świat boksu wcześniej nie widział. Był mistrzem świata wagi ciężkiej, niekwestionowanym królem, a jego walki były spektaklem, politycznym manifestem i sportowym arcydziełem w jednym.
Naprzeciwko tej żywej legendy stanął Brian London, znany jako „Blackpool Rock” – pseudonim równie twardy jak on sam. Był to typowy brytyjski ciężki: solidny, niezwykle odporny, może nie olśniewający techniką, ale za to obdarzony sercem do walki, którego pozazdrościć mogłaby niejedna lwica. London, syn rybaka z Blackpool, człowiek z ludu, który karierę zaczynał od walk na prowincjonalnych jarmarkach, mierzył się już wcześniej o mistrzostwo świata, przegrywając z Listonem w 1959 roku. Był to zawodnik, który nigdy się nie cofał, prawdziwy wojownik, który zawsze dawał z siebie wszystko. Jednakże, świadomość, że stanie oko w oko z Alim, musiała wywoływać dreszcze nawet u tak zahartowanego człowieka.
Przed walką nikt nie miał złudzeń. Bukmacherzy wycenili szanse Alego na miażdżące 15 do 1. Prasa zgodnie nazwała to starcie „mismatchem”, czyli pojedynkiem bez pary, z góry skazanym na jednostronny przebieg. Dziennikarze, choć szanowali Londona za jego odwagę, widzieli w nim jedynie ofiarę, która miała podbić stawkę mistrza. Ale London, realistyczny i pragmatyczny, patrzył na to inaczej. „Pieniądze były za dobre” – miał powiedzieć. Gaża w wysokości 40 000 funtów, suma astronomiczna w tamtych czasach, była dla niego szansą życia, na zabezpieczenie przyszłości swojej rodziny. Wiedział, że nie ma nic do stracenia, a wiele do zyskania – nawet jeśli cena miałaby być wysoka.
Wieczór w Earls Court: Szybkość kontra Waleczność
Gdy zabrzmiał gong rozpoczynający pierwszą rundę, całe Earls Court zamarło w oczekiwaniu. I to, co zobaczyli, przeszło najśmielsze oczekiwania. Muhammad Ali od początku zaprezentował swój firmowy taniec – lekkość motyla, zwinność pantery. Poruszał się po ringu z niesamowitą gracją, niczym duch. Jego ręce, szybkie jak błyskawica, wyprowadzały ciosy, które London ledwo widział, a już na pewno nie był w stanie zablokować. Brytyjczyk, opierając się na swojej waleczności i odporności, próbował skracać dystans, polować na jeden potężny cios. Ale Ali był nieuchwytny, tańczył wokół niego, uśmiechał się, a czasami wręcz szydził, ukazując swoją wyższość w najbardziej bezczelny sposób. London walczył z wiatrem, próbując złapać coś, co było nieuchwytne.
Prawdziwa demonstracja geniuszu Alego nastąpiła w trzeciej rundzie. To był moment, który na zawsze zapisał się w annałach boksu. Ali, czując, że ma rywala na widelcu, postanowił zagrać na najwyższym poziomie. Przyparł Londona do lin i z chirurgiczną precyzją, w niesamowitym tempie, wyprowadził legendarną serię dwunastu ciosów w zaledwie trzy sekundy! To był huragan pięści, każdy cios lądował idealnie, a cała kombinacja była symfonią szybkości, mocy i koordynacji. London, choć niezwykle twardy, runął na matę, nie będąc w stanie obronić się przed taką nawałnicą. Był to koniec. Sędzia zaczął odliczać, a choć London próbował podnieść się, było już za późno. Walka zakończyła się technicznym nokautem, a Ali po raz kolejny udowodnił, dlaczego był Wielkim.
Po walce, już na chłodno, Brian London, z twarzą naznaczoną ciosami, ale z podniesioną głową, wypowiedział słowa, które najlepiej podsumowały tamten wieczór: „Pieniądze były za dobre, ale Ali był nie do dotknięcia. Cieszę się, że wyszedłem z tego żywy.” I miał absolutną rację. Wyszedł z walki bogatszy, a co ważniejsze – zdołał przetrwać szturm najgroźniejszego pięściarza w historii, z honorem. Dla Alego była to kolejna cegiełka do jego legendy, kolejny pokaz dominacji przed zbliżającą się przymusową przerwą od boksu. Walka z Brianem Londonem, choć dla wielu „mismatch”, była porywającym rozdziałem w historii boksu, przypominającym o bezwzględnej dominacji Muhammada Alego i odwadze tych, którzy mieli czelność stanąć mu na drodze.