Rok 1993. James Toney, obdarzony fenomenalnym refleksem i mistrzowską defensywą, dzierżył w pasie mistrzostwo IBF w wadze super średniej. Już wcześniej porywał serca fanów, kiedy to, będąc mistrzem wagi średniej, w jedenastej rundzie zdetronizował przyszłego członka Galerii Sław, Michaela Nunna (58-4, 39 KO). „Lights Out” był uosobieniem bokserskiej wirtuozerii, zdolny do nokautu jednym ciosem i jednocześnie nieuchwytny dla rywali.
Wówczas Toney był gotowy na podbój kolejnych dywizji i konfrontację z najlepszymi. Bronił swój pas IBF w starciach, które pokazywały jego wszechstronność i niezłomny charakter. Jednakże, jak sam wspomina, dwóch czołowych mistrzów jego kategorii unikało go niczym ognia. Nazwiska te do dziś wywołują dyskusje wśród ekspertów - czy bokserski świat faktycznie bał się geniuszu Toneya?
„Kiedyś miałem pas, byłem nie do ruszenia, a oni po prostu uciekali. Nie było mowy o prawdziwej weryfikacji. Wszyscy widzieli, że jestem zbyt groźny” - z takimi słowami James Toney często wraca do tamtego okresu. To gorzkie przypomnienie o tym, jak trudne było dla niektórych gwiazd zmierzenie się z pięściarzem, który nie tylko bił mocno, ale przede wszystkim był maestrem unikania ciosów. Historia boksu często pisana jest również przez walki, które nigdy się nie odbyły, a ta historia Toneya jest jedną z najbardziej bolesnych.