Boks widział już absolutnie wszystko – od odgryzionych uszu po desant spadochroniarza na ring. Jednak historia z końcówki 2001 roku do dziś wywołuje salwy śmiechu wśród bokserskich ortodoksów. Mierzący ponad dwa metry Lance Whitaker legitymował się świetnym rekordem 23-1, miał na koncie 19 nokautów i brutalne rozbicie Olega Maskajewa w dwie rundy. Wcześniej nosił budzący respekt przydomek „Mount” (Góra). Wszystko zmieniło się, gdy połączył siły z byłym menedżerem Riddicka Bowe’a, „Rockiem” Newmanem. Panowie wpadli na porażający głupotą plan marketingowy. Postanowili ocieplić wizerunek kolosa.
Whitaker ogłosił oficjalną zmianę personaliów. I to nie był zwykły ringowy pseudonim. Amerykanin przeszedł pełną procedurę prawną i w dokumentach stał się panem Goofi. Celowo użyto nietypowej pisowni, aby uniknąć gigantycznego pozwu ze strony koncernu Disney. Całe to szaleństwo miało swój finał podczas transmitowanej przez stację HBO gali Boxing After Dark, gdzie Goofi miał skrzyżować rękawice z innym mocnym prospektem, Jameelem „Big Time” McCline’em. Kibice przecierali oczy ze zdumienia, kiedy gigant wychodził do ringu, a przed nim maszerowała grupa dzieciaków z transparentami „GOOFI” i skandowała to imię w nieskończoność. Kabaret w czystej postaci.
Komentatorzy HBO, z legendarnym Jimem Lampleyem na czele, nie potrafili zachować powagi, rzucając na wizji uwagi o sfrustrowanym „Goofim”. W ringu żartów jednak nie było. McCline bezlitośnie obnażył braki rywala i po dziesięciu rundach sędziowie wypunktowali jednogłośną decyzję na jego korzyść. Goofi zebrał ciężkie lanie i zamiast na szczyt, trafił na usta rozbawionej Ameryki. Co ciekawe, Whitaker pod tym nazwiskiem stoczył jeszcze 15 pojedynków, w tym przegrany eliminator do pasa WBO z Luanem Krasniqim w 2005 roku. Karierę zakończył w 2010 roku. Ring zweryfikował wszystko. Kurtyna.