Ta maszyna musiała się w końcu zatrzymać. W maju tego roku, po krwawej, dziesięciorundowej jatce z Conahem Walkerem, Sam Eggington padł na tarczy, dając kibicom kolejne niezapomniane widowisko. To był jednak jego ostatni taniec. Były mistrz Wielkiej Brytanii, Wspólnoty Narodów i Europy uznał, że czas powiedzieć „pas”. „Gdyby nie kontuzje i obawy o stan mojego mózgu, boksowałbym, aż odpadłyby mi koła. Ale mam trójkę dzieci i żonę. Nie zamierzam robić głupot” – wyznaje ze szczerością prawdziwego twardziela.
Droga Eggingtona na bokserski szczyt to gotowy scenariusz na film. Kiedy jego brat Daniel studiował techniczny boks Muhammada Alego czy Prince'a Naseema, Sam wolał brutalną siłę Mike'a Tysona i kasety z nokautami kupowane w lokalnych sklepach. Życie uderzyło go mocno i wcześnie – ojcem został już jako 16-latek. Gdy stracił pracę operatora wózka widłowego w fabryce stali, z pustymi kieszeniami poszedł do trenera Johna Pegga, prosząc o rzucenie go na pożarcie jako journeymana, byle tylko zarobić na utrzymanie syna. Pegg szybko jednak zauważył, że ten chłopak ma zbyt ciężkie ręce i wielkie serce do walki, by być tylko mięsem armatnim. Pierwsze dwie wyjazdowe walki sensacyjnie wygrał.
Lawina ruszyła błyskawicznie. Efektowny styl i ringowa bezwzględność przyniosły mu pas Midlands Area po zwycięstwie nad Stevenem Pearcem oraz występy w turnieju Prizefighter. Choć zdarzały się porażki, jak ta kontrowersyjna z Johnnym Coyle'em, to właśnie wtedy na zapleczu pojawił się sam Barry Hearn. Legendarny promotor docenił charakter chłopaka z Stourbridge, co zaowocowało kontraktem z Matchroom Boxing. Eggington odchodzi jako legenda brytyjskich ringów – człowiek, który z pozycji skazanego na pożarcie wyrobnika wdrapał się na sam szczyt, nigdy nie kłaniając się nikomu.