Odkąd ostatni raz błyszczał w blasku jupiterów, Stevenson, zamiast kuć żelazo, gdy gorące, bawi się w kowalstwo artystyczne – rozważa, przymierza, odrzuca. Nazwiska potencjalnych rywali przewijały się przez media niczym slajdy na prezentacji, ale żaden z nich nie doczekał się postawienia kropki nad "i" na kontrakcie. To irytuje fanów i z pewnością nie podoba się promotorom, którzy widzą w nim maszynkę do robienia pieniędzy i wielkich walk.
Czy Shakur boi się utraty nieskazitelnego rekordu? Czy jego perfekcjonizm, czy może po prostu trudny charakter, sprawiają, że żaden rywal nie wydaje mu się godny lub opłacalny? Boks kocha odwagę i ryzyko, a unikanie konfrontacji, szczególnie po tak obiecujących zwycięstwach, stawia go w niekorzystnym świetle. Czas ucieka, a lista potencjalnych "tancerzy" w tym balecie ringowym nie jest nieskończona.
Fani czekają na prawdziwe wyzwania dla Stevensona, na walki, które zdefiniują jego miejsce w historii. Jeśli jednak nadal będzie odrzucał czołowe nazwiska, to obok jego talentu zacznie pojawiać się gorzki posmak zmarnowanej szansy. Czas, aby Shakur przestał "walczyć ze sobą" i wszedł do ringu z kimś, kto naprawdę jest gotowy na wojnę.